Viktar Šnip
Śnieh
...Na dvare maroz, zavieja. Chaču na vulicu — pavalacca ŭ hurbach, ale babula Hanna nie puskaje, kaža: “Zamiacie śnieham, jak zajca, a mnie tady šukaj ciabie. Siadzi doma...” I ja siadžu, hladžu ŭ akno. I raptam baču kala studni biełaha, jak vyleplenaha sa śniehu, hołuba. Ničoha nia kažučy babuli, vybiahaju na vulicu. Hołub nie ŭciakaje: amal zadubieŭ. Jak kamiak śniehu, niasu ptušku ŭ chatu. Prahnaŭšy ź piečy kata, zahortvaju hołuba ŭ chustku, kładu na ciopłaje miesca j idu ŭ pakoj da babuli. “Nu što, užo na vulicu źbiehaŭ?” — pytajecca jana. I ja, raskazaŭšy pra hołuba, kliču jaje pahladzieć na ptušku. Idziom da piečy, a na joj, jak łapinki śniehu, — biełyja hałubinyja piarynki. I babula mnie kaža: “Palacieŭ tvoj hałubok u ciopłuju krainu, dzie nikoli nie byvaje śniehu...”
...U nas nie było televizara. U susiedki byŭ — nievialički, čorna-bieły i ŭsiaho z adnoj teleprahramaj. A mnie tak chaciełasia pahladzieć mulciki! Zredku vypadali ščaślivyja dni, kali susiedka puskała dziaciej u chatu na kino. I my ŭžo siadzieli kala televizara, niby kala vohnišča, u jakim piakłasia bulba, i čakali. Kožny čakaŭ niečaha svajho. A mianie klikała mama dachaty, kab išoŭ dapamahčy ahledziecca: napaić karovu i dać joj siena. Ja rabiŭ heta z achvotaj, bo paśla znoŭ moh biehčy da susiedki. I ŭsio ž televizara mnie nie stavała, i jon mnie časta śniŭsia, jak dalokija ciopłyja krainy, jakija časam davodziłasia bačyć pa tym samym televizary. I voś adnojčy ŭzimku susiedka niekudy źjechała i pakinuła majoj mamie kluč ad chaty. Mama, zrabiŭšy ŭsio ŭ susiedki pa haspadarcy, paviesiła jaho na ćvičok. A ja hetaha tolki j čakaŭ. Mama z chaty, a ja za kluč i chutčej da susiedki. Uklučyŭ televizar i hladžu. Jakraz pakazvali kazku pra Śniahurku. Śniahurka pryhožaja-pryhožaja, až, kali jana ŭ kancy filmu prapała, ja zapłakaŭ. I vyrašyŭ, doŭha nia dumajučy, iści ŭ les šukać Śniahurku, kab pryznacca joj u kachańni. Napačatku chacieŭ źnieści z chaty vazon, kab u znak svajho kachańnia padaravać Śniahurcy, ale pieradumaŭ, bo mama zaŭvažyć prapažu. Idučy ŭ les, skłaŭ vierš dla Śniahurki. Doŭha łaziŭ pa hurbach, klikaŭ pryhažuniu, ale jana tak i nie pakazałasia. “Vidać, baicca”, — vyrašyŭ ja i skazaŭ Śniahurcy, što kali ja joj spadabaŭsia, to niachaj jana zabiare moj vierš sabie na pamiać, a ja zaŭtra pryjdu pa adkaz. I, napisaŭšy vierš na śniezie, pajšoŭ damoŭ. Spaŭ drenna, čakaŭ ranicy i, jak tolki raźvidnieła, pabieh u les. Vierša na śniezie nie było. I ja jašče bolš pavieryŭ u Śniahurku i navat zusim nie padumaŭ, što nočču była miacielica — zamiała i moj vierš, i maje ślady.
...U adnaklaśnicy Tańki zimoj pamior baćka. Było jamu krychu bolš za sorak. I našu klasu pavieźli na saniach u Dubravy na mohiłki. Dzień byŭ soniečny, navat krychu ciopły. Ja ŭpieršyniu bačyŭ, jak pamierłaha čałavieka zakopvajuć u ziamlu, i, jedučy nazad, dumaŭ pra śmierć. I raptam pačuŭ kryk našaj nastaŭnicy: “Vicia! Prymi palcy!” U hety momant našy sani, raźminajučysia z sustrečnymi, stuknulisia ab ich jakraz tym miescam, za jakoje ja trymaŭsia hołaj rukoj. Bolu nie adčuŭ i navat nie spałochaŭsia, kali z raźbitych palcaŭ na śniežnuju darohu zakapała kroŭ...
...Narešcie vypaŭ pieršy śnieh. Kolem kabančyka. Baćka nia kole — baicca, i mama, jak zvyčajna, kliča dziadźku Tolu z Tatar. Dziadźka skazaŭ: “Vučysia, Vicia, ty ŭžo vialiki”, — i mnie daviałosia jamu dapamahać. Paśla ŭ zastolli dziadźka Tola ŭspomniŭ mianie zusim małoha i niešta kryŭdnaje skazaŭ mnie. I kali dziadźka byŭ na dobrym padpitku, mama paprasiła, kab ja jaho padvioŭ dachaty i padnios mašynku, jakoj smalili kabana. Ja z radaściu zhadziŭsia i pa darozie nieŭprykmiet dla dziadźki vypuściŭ u śnieh ź jahonaj mašynki ŭvieś benzyn. Idučy nazad, ja pozirkam trymaŭsia benzynavaj nitački na śniezie, jak nitki Aryjadny, pra jakuju ja, viaskovy chłapčuk, jašče ničoha nia viedaŭ...
...Pračnulisia siarod nočy ad krykaŭ na vulicy: “Pažar!” Hareła ŭžo ŭ katory raz Rutkievičava chata. Maci z baćkam, schapiŭšy viodry z vadoj, pabiehli tudy, a my, dzieci, utknulisia ŭ akno. Śnieh byŭ čyrvony, i zdavałasia, što haryć usio navokał. Praź niejki čas strašnaja čyrvań, niby kroŭ, upitałasia ŭ śnieh i damoŭ viarnulisia baćki. Ranicaj ja pajšoŭ hladzieć Rutkievičavu chatu. Jana była čornaja, jak vielizarny vuhal, što prabiŭsia na hety śviet praz toŭstyja hurby i, spałochaŭšysia svajho źjaŭleńnia ŭ našaj vioscy, zastyŭ, uvieś ablepleny ledziašami i pačarniełym śnieham. Ja padyšoŭ bližej da abharełaj chaty i ŭ sadzie pad jabłyniaj siarod abledzianiełych anučaŭ ubačyŭ supraćhaz. Ale jon mnie padaŭsia abharełaj čałaviečaj hałavoj, u jakoj ad načnoha žachu pavyłazili vočy, i ja, nie vybirajučy darohi, pa čornym śniezie chutčej pabieh dachaty.
...Pryjechaŭ z technikumu damoŭ na Kalady. Susied Saška ŭhavaryŭ iści viečaram razam z usimi chłopcami zaviazvać ludziam u chatach dźviery dy zdymać varoty. Sabrałasia nas kala klubu čałaviek dvaccać. Vypili samahonki, kab było śmialej, i pajšli da kaniušni, dzie chłopcy jašče dniom pryhledzieli voz. Uprehlisia i pajechali pa vioscy. Zdymali varoty nie va ŭsich, a dźviery dyk i naahuł pieradumali źviazvać, kab nie narvacca na jakoha złoha haspadara. Kali padjechali da škoły, usie raptam kinulisia łamać školny płot. Ad šumu i tresku pračnuŭsia vartaŭnik, vybieh na hanak i davaj stralać z ružža. Kudy jon stralaŭ — nia viedaju, ale nas ument jak karova jazykom źlizała — raźbiehlisia chto kudy. Mianie niačystaja pahnała cieraz płaty ŭ kałhasny sad. Biahu pa hurbach jak padstreleny. Bajusia spynicca, bo niechta pobač biažyć. Narešcie spyniŭsia, hladžu navokał, prysłuchoŭvajusia. A kala škoły kryki, stralanina, pa ŭsioj vioscy śviatło patuchła (Saška pabieh na padstancyju i adłučyŭ). Praź niejki čas z-za chmar pakazaŭsia maładzik i krychu paśviatleła... Damoŭ ja viarnuŭsia hadziny ŭ čatyry nočy. Baćki spakojna spali.
...Dzied raskazvaŭ. Zima była zaviejnaja. I niejak z samaj ranicy jon vypraviŭ na saniach svajho syna, majho baćku, u susiedniuju viosku — zavieźci miašok muki svajaku. Daroha nievialikaja, ale prajšło paŭdnia, a chłopiec usio nie viartajecca. I vyjšaŭ dzied na darohu, kab pahladzieć, ci chto jedzie. I bačyć — kruhom bałotca, što pamiž Puhačami i Tatarami, moj baćka snoŭdajecca na saniach. Daviałosia dziedu iści i samomu brać u ruki lejcy, bo majho baćku paŭdnia vakoł bałota niejkaja mana vadziła.
...Vybraŭsia ŭ viosku. Jedu ŭ aŭtobusie, dramlu, i raptam užo za Rakavam šafior spyniajecca i kaža: “Usie vyłaźcie, dalej nie pajedu: daroha zamiecienaja śnieham”. U aŭtobusie zastavałasia čałaviek piatnaccać, usie pasłuchmiana pavychodzili i patepali ŭ svaje vioski. Da maich Puhačoŭ zastavałasia kilametraŭ dziesiać, i ja taksama padybaŭ razam z usimi. Praź niejkuju hadzinu naš natoŭp raspaŭsia na nievialičkija kučki, a ja naahuł zastaŭsia adzin. Paru razoŭ nas abhaniali mašyny, ale nivodnaja nie spyniłasia. I ja ŭžo straciŭ nadzieju, što niechta padviazie. Ale, kali da chaty zastavałasia kilametry try, kala mianie spyniŭsia falksvahien, ź jakoha pačuŭsia hołas: “Paecie, siadaj, padviazu, a to, baču, nie dapaŭzieš dachaty...”
Kamientary