Niaścierpna chaciełasia pić. U rocie i kiškach piakło, jak u Sachary. Pierad vychadam u hryby ja darma najeŭsia sieladcoŭ z cybulaj. U hałavu nie pryjšło ŭziać z saboju ŭ les plašačku pićcia. A ciapier musiŭ pakutavać — nutro sušyła niaznosna, choć vakoł u huščary panavała vilhotnaja prachałoda. Natrapiŭšy na niekalki kustoŭ pieraśpiełych kaścianicaŭ, ja prahna pazryvaŭ jahady. Kinuŭšy ŭ rot vadzianistyja rubinavyja kulki, ja prycisnuŭ ich jazykom da padniabieńnia, kab aśviažycca kiślinkaj soku. Heta dapamahło na momant.
Uvieś les byŭ u hrybach. Ja tolki pryjšoŭ, a ŭžo narezaŭ svaim nievialikim vostrym nožykam paŭkaša ćviordych baravikoŭ, zhrabnych padbiarozavikaŭ i maładych lisičak. Syraježak, śvinušak z kabyłkami dy navat ryžykaŭ nie braŭ — jany b tolki zajmali miesca, jakoje možna zapoŭnić bolš kaštoŭnymi darami lesu. Ad hrybnoha azartu ja krychu zabyŭ pra smahu, ale praz chvilu mnie znoŭ pačało smyleć u čeravie. Pravioŭ jazykom pa šorstkich hubach. Niejkaja tryvoha. Pastajaŭ, prysłuchaŭsia — cicha. Dachaty viartacca — zadaloka. Zhadaŭ, što tut siarod lesu było niekalki prydzičełych jabłyniaŭ, što zastalisia pa lasnych chutarach. Dva-try sakavityja jabłyčki — voś što mnie było treba, kab spatolić smahu.
Jabłyni raśli na vialikaj prahalinie, kudy viała lasnaja daroha. Pierad vajnoju tut byli chaty, ad jakich ciapier zastalisia tolki padmurki, kusty bezu dy niekalki sadovych drevaŭ. Struchleły kryž, kala jakoha, peŭna, malilisia haspadary, chavaŭsia ŭ hustym laščyńniku. Vakoł lažali kučy nakidanaha nieviadoma kim suchoha halla. Ja padyšoŭ bližej da jabłyniaŭ, pastaviŭ na ziamlu koš, kinuŭ na hryby moj bliskučy nožyk, sarvaŭ dva bujnyja jabłyki i zastyŭ — u laščyńniku niechta šorhaŭsia. Moža, dzik ci łoś. Mižvolna ŭzhadalisia pokazki pra starych i dziaciej, jakija źnikali ŭ lesie, dy zatachkała serca.
— Chto tam? — huknuŭ.
Padumaŭ, što čałaviek azaviecca, a źvier, moža, spałochajecca.
— Dobry dzień! — z kustoŭ vysunuła hałavu niejkaja babula. — Svaje, svaje, nie bojciesia.
Heta nie była hrybnica. Kabieta była ŭ elehantnym płaščy i ŭ darahich čaravikach. Tvar — marščynisty, ale bieły, dalikatny, na hałavie — damski kapialuš, a nie chustka. Praź plačo — sumačka, a zamiest kijka — doŭhi parason. Babula nie była z vakolnych viosak.
— Viedajecie, ja niekali tut žyła. Pryjšła adviedać, — žančyna havaryła pa-biełarusku, ale z akcentam. — Ja sama z Polščy.
— Aha, — ja razhubiŭsia ad niečakanaha spatkańnia.
— Zhaładnieli? — zapytałasia jana, pabačyŭšy jabłyki ŭ maich rukach.
— Nie, saśmiah, — pakruciŭ hałavoju ja.
— Kali chočacie, to možacie sa mnoju pierakusić, — zaprašalnym tonam pramoviła žančyna i dastała z torbački papiarovuju survetku dy razasłała jaje na reštkach padmurka. Na zasłanaje jana pakłała niekalki papiarovych skrutačkaŭ dy prysieła pobač na padmuroŭcy. — Siadajcie, častujciesia. Vy adkul? — zapytała.
Mnie było niajomka. I choć ja nie byŭ mocna hałodny, ale prysieŭ na padmurku z druhoha boku ad survetki. Skrutački pachli prynadna.
— Z Hudzianiataŭ, — adkazaŭ. — Paru kiłamietraŭ adsiul.
— Biarycie, tam łuścieni z salami, — padachvociła babula. Ja niaśmieła ŭziaŭ skrutačak, razharnuŭ — tam byŭ buterbrod z dvuch skibaŭ biełaha chleba dy kavałkam čyrvonaha pamidora i skryločkami zamiežnaj kiłbasy miž imi.
— Ja žyvu ŭ Hdańsku. Siudy pryjechała z hrupaj na ekskursiju. Siońnia jany pajechali zamki hladzieć u Krevie i Halšanach. A ja na aŭtastancyju ŭ Ašmianie pajšła i aŭtobusam u Aziarany pryjechała ŭ kaścioł i na mahiły rodnych. Siudy dyk i nie mierkavała iści, ale, jak vyjšła z kaścioła, to nohi sami panieśli.
— I nie bajalisia hetak daloka adna iści?
— Nie bajałasia. Ja ž sama adhetul rodam. Viedaju, što ludzi tut dobryja. Vy ž mnie taksama kryŭdy nijakaj nie zrobicie? — niby žartaŭliva skazała jana, pakasiŭšysia adnak na moj hrybny nož.
— Nie, nu što vy, — mnie zrabiłasia soramna, što mianie mahli zapadozryć u błahim. — Kali vy tut žyli? — ja znarok źmianiŭ temu i ŭdychnuŭ pach darahoj parfumy, jaki išoŭ ad babuli.
— Ja tut naradziłasia pierad vajnoju, kali tut Polšča jašče była. Potym saviety pryjšli i pačali kałchozy rabić, dyk naša siamja ŭ Polšču ŭ repatryjacyju vyjechała, — raspaviadała pažyłaja kabieta miakkim i pryjemnym hołasam. — Baćka moj byŭ leśnikom u hrafa Čapskaha, dyk dzie jamu było žyć, jak nie ŭ lesie? Trochu dalej była siadziba dziadźki — baćkavaha brata. Jon trochu dapamahaŭ nam, ale i svaju ziamlu abrablaŭ u Zaleśsi. U dziadźki byli dva syny, dyk jamu sparniej było na ziamli pracavać. A maje baćki troch dziaŭčynaŭ hadavali. Ja była najmaładziejšaja, raśpieščanaja, ale i šmat pracavała, nie lenavałasia. Jak žnivo było, to ja, budučy trynaccatkaju, siarpom roŭna machała sa stałymi žankami. Mianie ŭsie lubili. Syny dziadźki dyk nadta ž mianie šanavali. Ja jazykataja była i viasiołaja. Jany za maje žarty da mianie i harnulisia.
Starejšy, Boluś, dyk braŭ mianie na ruki i hojdaŭ, padkidaŭ uvierch, bo nadta dužy byŭ, a ja tolki rahatała. Časam złaŭlu jaho za vušy i kažu, što adpušču, kali jon mianie na viečarynku z saboju voźmie. A jon prasiŭsia tak žalliva: «Puści, Maryla, puści, lubaja, vaźmu ja ciabie z saboju». I zaŭsiody słova trymaŭ. Pryjdzie viečarkom pad akno, kali baćki lahuć spać, i čakaje mianie. Ja praz akno da jaho vylezu i razam pojdziem u Hudzianiaty ci ŭ Kucavičy na patanculki. Ja smarkačka była, ale nadta lubiła tancavać. A Boluś taksama tancavaŭ, jak panič jaki, — taki chvacki chłopiec byŭ. Dzieŭki na jaho hladzieli dy ablizvalisia. Jak u kaściole jon byŭ z baćkami, to dziaŭčaty tolki na jaho vočy łupili dy šaptalisia, zusim ksiandza nie słuchali, až brydka ich baćkam było. Ale Boluś na viečarynkach mianie pilnavaŭsia — kab chto mianie nie skryŭdziŭ. Tancuje, a sam cikuje, dzie ja i ź jakim chłopcam u polcy kručusia. Ažno adnaho razu z Bolusiem niešta zrabiłasia: ja śpiecyjalna z chaty vyjšła, jakuju na tancy najmali, i doŭha na vulicy stajała. Dumała: papałochaju krychu brata stryječnaha, zaraz pojdzie mianie šukać, dzie ja padziełasia. A jon usio nie išoŭ, až mnie znudziłasia pad chataju za vuhłom stajać. Prychodžu i hladžu: Boluś z Anelaj adnoj takoju razmaŭlaje i vačej ź jaje nie zvodzić.
Anela taja była pamaŭza dy bajstručka. Maci jaje ŭ pana niejkaha ŭ Vilni słužyła i viarnułasia z žyvatom dachaty ad jaho. Žyła jana nadta biedna. Ziamli trochu mieli, ale dzie tam adnyja baby buduć abrablać, dyk addavali arandataram. Anela da raboty była jak ahoń da mokraha: jak pačnie žać, to staić u poli, raskireŭčyŭšysia, štochvilu śpinu vyprastoŭvaje; jak bulbu kapać, to kaša jana nie padniasie, bo zaciažka; jak karovy paśvić, to jana nie padlacić za bydłam, bo zadychajecca. I takaja chudaja jana była, biełaja, tancavać nie ŭmieła, u łachmany ŭbirałasia, bo hrošaj na dobruju kapotu nie było. Ale ŭpała Bolusiu ŭ voka, kab jaje kački. Ciapier jon tolki dziela jaje na viečarynki chadziŭ. Mianie redka kali braŭ, tolki časam nadta nieachvotna zhadžaŭsia, kab ja ź im pajšła.
A Anela taja vialikaja knižnica była. Niejak, načytaŭšysia, dała Bolusiu knihu pra kniazioŭ daŭniejšych, pra Biełaruś. Z hetaha času i Boluś zahareŭsia toju Biełaruśsiu: jak z moładździu jakoju spatkajecca, to ŭsio im pra kniazioŭ raskazvaje, što pa-biełarusku havaryli. A heta jašče za polskim časam było. Pačała za Bolusiem palicyja chadzić. Dzie ni pryjdzie na tancy, zaraz za im palicyjant prypaŭzie. Maładyja nadta nie chacieli, kab ich tak pilnavali, dyk i skazali Bolusiu, kab bolej nie prychodziŭ i palicyi zzadu nie pryvodziŭ. Dyk toj začaściŭ u pole ci ŭ les z Anelkaju chadzić.
Ja raz padhledzieła: lažać jany ŭ łuzie, badylami adno adnaho kazyčuć, niešta hamoniać, śmiajucca. Jakaja ž mianie złość uziała… Pabiehła dachaty dy ŭsio dziadźku raskazała. Toj, biedačyna, raschrystany lacieŭ na łuh ź bizunom, a ja sama za drevami schavałasia. Prylacieŭ i davaj ich puhaju abkładvać: «A kab vy, siakija-takija, sprachli, kab vas chalera, kab vas vaŭkałak uziaŭ. Bajstrukoŭ mnie parobicie». A da Anelki jon nadta złosna kryčaŭ: «Maładaja šlundra, roŭna jak matka, chodzić dy tolki chłopcaŭ zvodzić». Nie chacieŭ dziadźka, kab syn žabračku biez pasahu dy hultajku za žonki braŭ. A Boluś ustaŭ dy kułakom baćku ŭ mordu, až tamu juška z nosu paliłasia. Ja až prysieła za drevami. A dziadźka raźjušyŭsia, uziaŭ dy nazad synu ŭ hałavu kułakom palnuŭ, — tut babula prypyniła havendu.
— I što dalej było? Ci Anela ich nie razdymała? — chaciełasia mnie pačuć praciah.
— Anela taja stajała, raziaviŭšysia, — u hołasie hości z Polščy pačulisia vostryja notki. — Dy i ja razhubiłasia. Małaja była, durnaja, treba było hrudziami pamiž imi kinucca, a ja zabajałasia. Boluś baćku jašče macniej addaŭ u hrudzi, što až toj zachistaŭsia. A potym padlacieŭ dy z usioj siły pirhnuŭ staroha na ziamlu. Toj zabłytaŭsia nahami ŭ puhavińni dy ŭpaŭ… Dy hałavoju na kamianiuku… Tut i ja padbiehła. Strašna było toje: cišynia, koniki cvyrkočuć, a Boluś staić z Anelkaju źbialeŭšy, a paŭsiul — kroŭ. Zapomniłasia, što nadta kroŭ ciakła ź dziadźkavaj hałavy. Až hena nie kroŭ, peŭna, była, a mazhi vyleźli, tak mocna dziadźka hałavoju ŭdaryŭsia. «Uciakaj», — kryknuła Anelka, jak sabaku niejkamu. Boluś, musić, sam nie razumiejučy, što robić, pabieh u les. Ja ŭ miastečka palacieła ŭ pastarunak i da lekara. Anelka ŭciakła i ŭ chacie ŭ sklep schavałasia, ale palicyja jaje adtul vyciahnuła. Ale i adpuścili nieŭzabavie. Ja ŭsio raskazała, jak było na tym łuzie. Bolusia potym znajšli ŭ lesie ŭ piatli — mocna ŭ hałavu ŭziaŭ, što baćku zabiŭ. Udava dziadźki z małodšym synam haravali. Ciotka chadziła čornaja, vysachła ŭsia, a paźniej, jak bulbu kapali, miaški z pola ciahała, padarvałsia i za paru dzion kryvioju ściakła da śmierci. Doktara zahadała nie najmać, bo hrošaj škadavała, a šaptucha z Aziaranaŭ nie dała rady.
— A što z Anelkaj było? — zapytaŭsia ja.
— A toje ž, što i ź jejnaj matkaj. Bajstručka naradziła. Peŭna, ad Bolusia ci jašče ad kaho, ale heta naviasnu ŭžo. Saviety ŭžo nas byli zaniaŭšy. Ale z hałavoju niešta ŭ jaje nie tak było, dyk ludzi skłalisia hrašyma i addali chłopčyka hadavacca da staroj arhaniścichi. A Anelka chadziła bosaja i z vałasami rastrapanymi pa lasach, až pakul u vajnu nie padarvałasia na minie. Chłopčyku arhaniścicha dała proźvišča Jurevič, bo jakraz jon radziŭsia viasnoju na Jurja. Kanca vajny i my niejak dačakali dy vyjechali ŭ repatryjacyju, bo baćka ŭ dakumientach palakam pisaŭsia. Ja tam univiersitet skončyła, pracavała na radyjo. A jak vašaje proźvišča? — niečakana zapytałasia maja surazmoŭnica.
— Jurevič, — skazaŭ ja, nie tojačy. — Toj bajstručok, peŭna, — moj baćka.
— Ach, voś jak byvaje, — spachapiłasia babula. — Chto ž viedaŭ, što hetak možam spatkacca. I što baćka ciapier parablaje?
— Na piensii ŭžo, — niejak z sumam adkazaŭ ja. — Paśla vajny jaho ad arhaniścichi ŭ dom sirotaŭ zabrali.
— Oj, Boža ž moj, Boža, što na śviecie robicca, hara z haroju nie syducca, a čałaviek z čałaviekam znojducca, — zabožkała babula.
U mianie abudziłasia niejkaja hidlivaść. Ja nie moh hladzieć na staruju, nie kryviačysia. Mnie zachaciełasia biehčy, uciakać z hetaha miesca. Ad pachu parfumaŭ staroj rabiłasia młosna. Mašynalna maja ruka paciahnułasia da kaša — zabrać svajo i źniknuć. Babula ž, jak spružyna, padskočyła ź miesca. U rukach u jaje byŭ hazavy bałončyk:
— Što, pačvara, ručka da nožyka paciahnułasia? Adpomścić mnie zachaciełasia?
Ja adviarnuŭ hałavu, ale staraja psiknuła mnie ŭ vočy hazam. Zdavałasia, vočy łopnuć, a skura ablezie z tvaru — było vielmi baluča. Ja ničoha nie bačyŭ, ale, dziakujučy padkazcy staroj, namacaŭ u kašy nož i pačaŭ uślapuju tyrkać vakoł siabie, starajučysia adpužać varjatku. Taja kryčała, ciažka dychajučy:
— Što, dumaješ, staraja i durnaja adna pa lesie chodzić? Ty mianie nie abduryš!… Nie na tuju narvaŭsia, boŭdziła!
Niešta ciažkoje mocna ŭdaryła mianie pa ruce, što ja až skavytnuŭ ad bolu dy vypuściŭ nož. Staraja, vidać, uzbroiłasia niejkim sukom, što znajšła niepadalok. Ja ŭściaž ničoha nie bačyŭ.
— Viadźmak, Anelčyna siemia, — raŭła ŭ mianie pad vucham babula. — Heta vy načaravali, što Boluś pamior, a ja nie mieła dziaciej. Kab vy zdochli ŭsie!
Ja čuŭ podych babuli sprava. A raptam jana ŭporyć mianie maim ža nožykam u žyvot ci šyju. Badaj jaje niemač. Na jakoje licha jaje siudy prypiorła?
— Pajšła-a-a ty-y-y!.. — zaroŭ ja, razmachvajučy chaatyčna pierad saboj kułakami. — Pajšła ty, staraja karova!..
Babula ź niemaraści pyrsnuła hazam mnie ŭ tvar jašče raz. Bol byŭ nastolki vostry, što ja ažno źloh, usunuŭšysia rukami hłyboka ŭ prachałodu mochu, kab było lahčej.
— Lažy, viadźmak, hnij tut, — vyźvieryłasia jana. Praz tresk sučkoŭ ja zrazumieŭ, što babula pajšła. U mianie na tvary, zdavałasia, pačali rabicca puchiry. Ja pakłaŭ hałavu na moch i straciŭ prytomnaść.
* * *
— Antonavič, Antonavič! — niechta šturchaŭ mianie ŭ bok. — Padymajciesia, bo akalejecie.
Ja ledź pradzior vočy. U hałavie šumieła, tvar piakło, cieła nie słuchałasia, jak źniataje z kryža. Ruki čamuści chaładziła škło. Hlanuŭ — u mochu lažała niekalki pustych butelek. Prypadniaŭ hałavu — pierada mnoju zhinałasia babka Stasia z Hudzianiataŭ. Jana była z kijkom, a kala łytki ŭ jaje stajaŭ koš z hrybami.
— Nu jak heta vy tak? — pytałasia babka. — I vučany ž čałaviek, u škole pracujecie, a hetak pjacie ŭ lesie pakryjoma, — dakarała jana mianie, vidać, za pustyja butelki. Ich mahli tut kinuć niejkija raniejšyja hrybniki.
— Ja nie piŭ, — pramykaŭ ja.
Hałavu rvali ŭryŭki apošnich padziejaŭ.
— Aha, nie pili, a tolki z chlebam jeli, — pabłažliva skazała babka. — A butelki z-pad samahonki sami vypilisia i vykinulisia. Peŭna, ničym jašče i nie zakusvali… I na hołaj ziamli heta ž lohšy, — jenčyła maja adnaviaskoŭka.
Ja datknuŭsia rukoju da tvaru — piakło. Zhadaŭ, jak u tvar mnie pyrskali z bałončyka.
— Boža ž moj, tvaram u murašniku lažaŭšy, — plasnuła ŭ ładki babka, schiliŭšysia krychu, kab prypadniać mianie pad ruku. — Jak ža heta tak apuścicca? — biedavała jana.— Heta ž usiu skuru murašy pakusali, a praz vušy dyk i ŭ mazhi mahli ŭleźci. Heta, pamiataju, Bazylovaj Maryścy pavuk nočču ŭ vucha zalez, dyk «chutkuju» vyklikali. Dobra, što tut čornyja muraški, bo kab byli rudyja, dyk pa łatačkach treba było b skuru źbirać, — sakatała stareńkaja.
Babka Stasia dapamahła mnie padniacca. Ja ŭstaŭ, abapiersia rukoju na sasnovy kamiel.
— Što, trudnujecie ciapier? Nu i čaho było hetak napivacca i pa lesie ciohacca, jak łazenhu jakomu? Chatu ž svaju majecie, dyk i pili b pacichieńku doma. I što vas, maładych, hniacie ŭsio? Što vy sabie spakoju nijak nie znojdziecie, — kazała staraja, uziaŭšy mianie pad ruku i viedučy praź les. — Što ž heta vas dušyć i mučyć, nie adpuskaje? Čarnata niejkaja ŭ vas zalezła… Vam by zorki ź nieba zryvać, a pošaść za vami zzadu daviazałasia.
— A dzie moj koš z hrybami? — zapytaŭsia ja słabkim hołasam.
— Jaki koš? Nijakich kašoŭ nie było kala vas, adno plaški. Niaŭžo vy hryby źbirali? Ja dumała, što vy nie lubicie hetak čas marnavać. Vy ž pa knižkach usio, a nie pa hryboch…
Kamientary