Źmicier Bartosik
ČARAVIKI ZABOJCY
Inšym časam mianie pałochajuć rečy, jakija byccam by całkam vypadkova traplajuć da mianie. Voś i zaraz, jedučy na žurnalisckuju kanferencyju ŭ Jałtu, mianie pierasmyknuła ad proźvišča, jakoje ja pračytaŭ na padešvie svaich čaravikaŭ. Sprava ŭ tym, što pierad Jałtaju ja vyrašyŭ zajechać na dzień u Homiel, adviedać matulu, i taja, paškadavaŭšy maich noh u ciažkim vosieńskim abutku, vyrašyła ablehčyć maju krymskuju chadu, pazyčyŭšy lohkija hostramysyja čaraviki ŭ kaściumiernym cechu miascovaha teatru. Na padešvie stajała «V.Piatroŭ».
Paru miesiacaŭ tamu artyst V.Piatroŭ, napiŭšysia, zabiŭ svajho rodnaha syna. Ale na hetym durnaja beletrystyka nia skončyłasia. Syna zvali Maksimam i jon byŭ na dva hady maładziejšy za mianie. Ja padzialiŭsia hetaj cikavaj historyjaj sa svaim spadarožnikam, viadomym biełaruskim paetam, vialikim amataram žyćcia j bujnych žančyn. «Nu j nia dziŭna, — žyćciaradasna adreahavaŭ toj, —rečy zabojcy zaŭsiody šukajuć novaha haspadara». «I časam znachodziać», — dadaŭ paśla paŭzy. Ź jakoju b lohkaściu ja znoŭ apranuŭ svoj vosieński «Biełviest»! Ale ciahnik užo kaciŭsia pa ŭkrainskaj ziamli.
Čaravički miłaha kamedyjanta, viesielčaka j synazabojcy dziadzi Vasi pryjšłosia apranać u Simferopali. Ale zacyklivacca na sumnaj nocie, ci, jašče lepš, šukać niejkaj prykmiety nie chaciełasia. Niezdarma ž u majoj kajstry byli knižka «Vianok» i butelka homielskaj harełki «Stary młyn».
Zaŭsiody pierad sustrečaj z moram ja nastrojvaju siabie, kab nie ździŭlacca. I kožnaha razu nie atrymlivajecca. Byccam paśla doŭhich dzion u čatyroch ścienach pierad taboju raptam raspachnuli dźviery. Voś i ciapier, pierajechaŭšy Krymski chrybiet, ja całkam addaŭsia suzirańniu hrandyjoznaha krajavidu.
Žurnaliscki seminar prachodziŭ u adnym z sanatoryjaŭ, pabudavanych za stalinskim časam, kudy nas i zasialili. Ja ź niejkim niesamavitym złaradztvam prajšoŭsia pa čyrvonakilimavych kalidorach, u jakich, zdavałasia, navat pachi zastalisia z časoŭ, kali tut adpačyvała načalstva siaredniaha sajuznaha źviana. I šyrokavakonnyja biljardnyja, i bareljefnyja ścieny, i ŭvieś astatni ampir pad kiparysami budavaŭsia nu nijak nie dziela «sumnieŭnych seminaraŭ na hrošy zaakijanskich haspadaroŭ». Ad usiaho patychała niejkaj dalokaj, niaspraŭdžanaj maraj dziacinstva — «źjeździć u Artek».
Voś i zbyłasia mara. A radaści niama. Zatoje było dziŭnavataje adčuvańnie svajoj dałučanaści da nieznajomaha miesta, dziakujučy čałavieku, navat hołas jakoha ŭjavić niemahčyma. «Nu chiba my hetaha nie zasłužyli!» — paklikaŭ mianie moj spadarožnik u naš numar z verandaju j vidam na mora — takim, jak na vinnaj etykietcy piacidziasiatych hadoŭ. Ja z radaściaj skinuŭ praklatyja čaraviki i ŭ jaki ŭžo raz praklaŭ adsutnaść fotaaparatu. Paet vyjšaŭ na verandu. Ale pryhažość imhnieńnia była nie ŭ nasyčanaści farbaŭ — siniaje mora płaŭna pierachodziła ŭ załacistaje nieba, hramada zialonych hor ź pikami kiparysaŭ i biełyja balasiny stalinskaj verandy — a ŭ tym, nakolki ŭsiamu hetamu paštovačnamu krajavidu adpaviadaŭ čałaviek na verańdzie. Šyroki płašč, šyrakapoły kapialuš, jadvabnaje kašne, šyroki, jarki halštuk — usio, a hałoŭnaje sam tvar čałavieka, harmanizavała z ekzatyčnym navakollem. Nie chapała tolki hukaŭ hramafonnaha Leščanki. Nia viedaju, jak nakont rečaŭ, a toje, što minułyja časy praciahvajuć šukać svaich zhublenych sučaśnikaŭ, u hetym ja, badaj, pierakanaŭsia. I dobra, kali možna padmanuć čas. U takich apartamentach paety zvyčajna stralalisia j vykidvalisia za parenčy. Ale nie pamirali ad suchotaŭ. «Nu što ŭtaropiŭsia? Chadziem da mora?» — pierarvaŭ jon maju płyń śviadomaści.
Pierad adjezdam ja naŭmysna nia staŭ vypytvać u daśviedčanych mienskich litaraturaznaŭcaŭ, jak tam chutčej prajści na mahiłu, i dzie toj apošni dom. Adzinaje, kudy ja paśpieŭ zazirnuć, heta daŭniaje ese Michasia Stralcova, ź jakoha daviedaŭsia, što viasnoju 17-ha hoda małady čałaviek źniaŭ pakoj na druhim paviersie domu numar 8 na Mikałajeŭskaj vulicy.
Z hetaj adzinaju źviestkaju my z tavaryšam i rušyli na pošuki Maksimavych śladoŭ. Horad mnie nie spadabaŭsia adrazu. Pylny j pravincyjny, jon adkryta rychtavaŭsia da svajoj zimovaj śpiački. I my sa svaim dziŭnavatym pytańniem «A dzie tut u vas da 17-ha hodu była vulica Mikałajeŭskaja?» vyhladali zusim ekzatyčna. Praŭda, niekalki hadzinaŭ pošuku nas vyvieli na vulicu Bahdanoviča, dzie my nakiravalisia ŭ mastackuju škołu, u apošnim spadziavańni na kulturnuju ŭstanovu. «O, tak vy iz Biełoruśsii. A ja sama iz Mozyria, — pryvitała nas dyrektarka, — Dom našieho pisatiela, kstati, chorošieho, v dvuch šahach otsiuda. A mohiła... Kažietsia, na Starom Livadijskom mieždu Čiechovym i Biriukovym».
My ŭźnialisia na druhi pavierch stylnaha damka sa ścipłaj memaryjalnaju doškaju. Kazionny interjer ramontnaha ŭpraŭleńnia j stuk drukarki nie pakidali miesca fantazijavańniu. Siniaj buchty z voknaŭ, na žal, taksama nie było bačna. «Słuchaj, a chiba Čechaŭ pachavany nie na Sachalinie?» «A chto taki Birukoŭ?» «Napeŭna, pisatiel chorošij».
«A chto taki Bahdanovič?» — spačuvalna zapytałasia ŭ nas naša krymska-tatarskaja kalažanka, kali my z pryjacielem, zmoranyja marnymi pošukami pa adchonach zakinutych i strašnych mohiłak, dabralisia ŭ svoj sanatoryj. «Heta vielmi pryhožy małady čałaviek. Jon niekali žyŭ na Vołzie, vyvučyŭ pa knihach biełaruskuju movu j staŭ pieršym paetam nacyi. Jon zahinuŭ u Jałcie, nie pakinuŭšy paśla siabie ani syna, ani dreva. Tolki adnu knihu, lepšaj za jakuju ŭ našaj paezii ŭžo nia budzie nikoli». Skazaŭ i sam ździviŭsia jak prastacie adkazu.
«Daj Boh, kab ciabie tak niekali šukali», — padbadziorvaŭ ja tavaryša. «Jak tam čaravički, nia cisnuć?» — daniesłasia ŭ adkaz. Abyjšoŭšy, napeŭna, usie mohiłki, jakija jość u Jałcie, my, vymatanyja ŭščent chadoju pa harach i spuskach, prysieli na niejki hrudok. «Tut ty maješ racyju. U takich čaravičkach tolki pa mohiłkach špacyravać». «A mo jany nas i vyviaduć, jak boty-chutkachody». Ale sceničnyja dziadzivasiny tufli, nie pryznačanyja dla jałcinskich landšaftaŭ, tak namulali nohi, što ja ŭžo pačaŭ zavodzicca na Maksima, byccam toj sam abraŭ sabie miesca dla skonu.
Mahiła ŭźnikła absalutna niečakana, niby ŭznaharoda za vysiłki. I bolš dušeŭnaj mahiły ja napeŭna ŭ žyćci jašče nia bačyŭ. Nie patrebny čorny marmur, nia treba mudrahielistych architekturnych vyšukaŭ žurby. Zvyčajny betonny abelisk dvaccatych hadoŭ pad kiparysam, pa-dziciačy prymityŭna razmalavany sinimi kvietkami — što moža być pryhažej dla paeta?
Tomik vieršaŭ zastaŭsia nierazhornutym, butelka harełki —nieadkarkavanaju. Nafantazijavanaja sustreča z mahiłaj kumira, z nalitaj šklankaj i deklamacyjaj padałasia falšyvym rytuałam. Tamu što ja nie ryzyknu nazvać jaho kumiram. Ale sychodzić z mahiły nie chaciełasia. Možna było siadzieć hadzinu, dźvie, sprabujučy ŭjavić jašče nikomu nieviadomaha, žyvoha maładoha čałavieka, jaki na Jarasłaŭskim vakzale čakaje ciahnika ŭ Biełaruś. My siadzieli moŭčki chvilin dziesiać. Ale ad hetaha maŭčańnia mnie stała nievierahodna samotna. Nas było troje. I ci nia byŭ ja tut lišnim? Pamiž dvuma paetami, adzin ź jakich užo ničoha nie napiša, a druhi jašče nia viedaje, dzie skončyć svoj šlach. Ale heta nijak nie adabjecca na majoj lubovi cytavać abodvuch. Ja ŭźniaŭsia j pajšoŭ da vyjścia pieršym.
Krymskija kalehi pa našym viartańni na seminar zapavažali ŭ našych ścipłych asobach usiu biełaruskuju nacyju. «Biełorusy —riebiata suŕjoznyje. Oni kak na kurorty prijezžajut, srazu na kładbiŝie idut», — žartavaŭ adzin. A sapraŭdy, my ž na kurorcie. Treba ž nasałodžvacca momantam. I my pajšli nasałodžvacca. Pad huki tannaha tanho pić na ŭźbiarežnaj krymskaje vino, zalacacca da tutejšych pryhažuniaŭ i dzivicca na načny pryboj. Paet narešcie znajšoŭ svaju nimfu, pyšnaciełuju tatarku — «miss 47-my hod». Jak jon pajaśniŭ: «Para vyrašać krymska-tatarskaje pytańnie».
My zavalilisia ŭ niejki dansinh, dzie ja amal pa-baćkoŭsku padstaviŭ svaju kamizelku pad ślozy niejkaj pakinutaj kachankam junaj biełaruski, jakaja, viadoma ž, nia viedała nivodnaha biełaruskaha paeta, a pryjaciel u kapielušy j kašne kinošnaha złodzieja pavioŭ svaju krymskuju šachierezadu ŭ technataniec. Nazirajučy za tym tancam, ja ŭ jaki ŭžo raz uraziŭsia adsutnaści ŭ siabry ŭsialakich kompleksaŭ. Zakryj vušy, i možna było ŭjavić što hraje Ryo-Ryta. Viadoma, jany byli samaj cudoŭnaj paraj hetaha viečara. Ale ja tančyć nia moh. Praklatyja čaraviki naciorli mnie nohi. Dy j da mora na trecija sutki pryzvyčajvajeśsia, jak da nieba. A hory nie zdajucca bolš pryhožymi za našyja bulbianyja pali. Ja navat ubačyŭ na ŭźbiarežnaj damu z sabačkam — jarkuju blandynku ŭ džynsach sa zdaraviennym vadałazam na łancuhu. Znajomicca nie chaciełasia. Z pamirajučaha kurortu ŭžo ciahnuła tudy, dzie žyćcio. I dzie ja narešcie skinu čaraviki zabojcy.
Kamientary